
Sceny rodem z innej epoki – ludzie stojący w kolejkach od świtu i nerwowe sprawdzanie kalendarza to obecnie codzienność przed wydziałami komunikacji. Wszystko przez nieubłagany, 30-dniowy termin na dopełnienie formalności po zakupie auta.
Obecna sytuacja w urzędach to efekt zderzenia sztywnych przepisów z niewydolnym systemem. Każdy, kto kupił lub otrzymał w darowiźnie samochód w 2026 roku, ma dokładnie 30 dni na złożenie wniosku o jego rejestrację. Dla przedsiębiorców zajmujących się handlem autami termin ten jest nieco łaskawszy i wynosi 90 dni.
Presja czasu jest ogromna, ponieważ urzędnicy nie uznają tłumaczeń o braku wolnych terminów w internetowych kalendarzach – liczy się moment fizycznego złożenia dokumentów.
Nadchodzą zmiany
Przekroczenie ustawowych terminów wiąże się z automatycznymi karami, które boleśnie uderzają w portfel. Za spóźnienie do 180 dni właściciel prywatny zapłaci 500 zł, a dealer samochodowy 1000 zł.
Prawdziwe schody zaczynają się jednak po upływie pół roku. Wtedy stawki rosną dwukrotnie, osiągając odpowiednio 1000 zł i 2000 zł. System jest bezlitosny: kary są nakładane w drodze decyzji administracyjnej, co oznacza, że urząd ma obowiązek je wyegzekwować bez względu na Twoje intencje.
Największy przełom czeka nas jednak w 2027 roku, do którego obecne zmiany są jedynie przygotowaniem. Rządowy plan zakłada pełną cyfryzację procesu rejestracji, co oznacza, że wniosek złożysz z kanapy we własnym salonie przez aplikację mObywatel lub ePUAP.

