fot. Twitter

Sytuacja na Ukrainie wciąż nie poprawia się. Codziennie giną dziesiątki cywili, a Rosjanie – mimo dotkliwych strat – wciąż nacierają na pozycje Ukraińców. Wprowadzono dotkliwe sankcje, które najbardziej uderzają w zwykłych obywateli Federacji Rosyjskiej. Z Rosji wycofują się dziesiątki zagranicznych marek. Czy to cokolwiek dało? Czy obywatele Rosji nadal popierają agresję na Ukrainę?

Na to ostatnie pytanie odpowiedziała, w wywiadzie dla RMF24 dr Agnieszka Bryc, ekspertka do spraw Rosji i Izraela, wykładowca wydziału Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

„Tak, nadal większość Rosjan popiera agresję. Mniej więcej to jest 70 proc. Tylko trzeba mieć świadomość tego, że Rosjanie mają przekonanie takie, że to nie jest wojna z Ukrainą, że to nie jest agresja na bratni, sąsiedni naród. Tak to było przedstawiane na początku: taka operacja specjalna na prośbę tych dwóch zbuntowanych separatystycznych republik – donieckiej i ługańskiej. Potem się z tego zrobiła wielka operacja denazyfikacji Ukrainy. Przynajmniej w to wierzą Rosjanie. Dzisiaj troszeczkę te powody się zmieniają, ponieważ trudno było podtrzymać propagandę taką, że tam chodzi tylko o nazistów, neofaszystów i narkomanów – jak to mówił prezydent Putin w swoich licznych wystąpieniach” – powiedziała dr Agnieszka Bryc dla RMF24.

W Polsce moglibyśmy przypuszczać, że każde wybory w Rosji są fałszowane na korzyść Władimira Putina, który rządzi już dwie dekady – niemal kadencja po kadencji. Oczywiście jest to niewykluczone, ale okazuje się, że Putin wcale nie musi tego robić. Naród rosyjski go popiera. Z drugiej strony, sprzeciw jest surowo karany.

„Tak, Rosjanie wierzą swojemu prezydentowi w znacznym stopniu, są także ci, którzy oczywiście mają świadomość prawdy, ale pamiętajmy jedno, że to jest także naród, który przez wiele lat, podczas kilku kolejnych kadencji prezydenta Putina, był sączony taką neoimperialną nostalgią, taką obietnicą wstawania z kolan i zbierania ziem ruskich. Propaganda zrobiła więc swoje. Oprócz tego to społeczeństwo zastraszone w znacznym stopniu, ponieważ dzisiaj za wyjście na ulicę i mówienie, że Kreml kłamie, i że należy zatrzymać to szaleństwo wojny, grozi kara 15 lat więzienia” – kontynuowała ekspertka.

Czy Rosjanie mogą się zbuntować? Gdzie jest granica tego szaleństwa?

Dr Bryc studzi nasze oczekiwania i nadzieje. Rosyjskie dążenia do standardów państw zachodnich wypaliły się w ciągu lat protestów, które były brutalnie tłumione policyjnymi pałkami. Na ulicę wychodzą już tylko idealiści.

„Nie chcę zniechęcić państwa, ale problem polega na tym, że Rosjanie dosyć skutecznie zostali stłumieni w swoim proteście, w swoim buncie. Przez ostatnich kilka lat faktycznie co jakiś czas wybuchały albo jakieś duże protesty, albo jakieś demonstracje. Pamiętamy, ostatnio po aresztowaniu Nawalnego, w wielu miastach od granic Dalekiego Wschodu, po Kaliningrad, protestowali Rosjanie – wychodząc na ulice. W sposób masowy te protesty zostały stłumione dubinkami i szokerkami, czyli takimi pałkami policyjnymi i paralizatorami. Wcześniej też były duże protesty w 2018 roku, kiedy prezydent Putin wprowadził bardzo niepopularną reformę emerytalną. Bywały protesty, natomiast jednocześnie władze dosyć umiejętnie dośrubowywały swoje prawo karne, ograniczając prawo do protestów. Dzisiaj Rosjanie mogą legalnie wyjść na ulice tylko i wyłącznie w formie pikiet indywidualnych, czyli pojedynczo, nie w formie zgromadzeń zbiorowych. Proszę sobie wyobrazić, że wychodząc na ulice i mając taką karteczkę: ”Stop wojnie”, czy ”Nie dla wojny” można skończyć w kolonii karnej z 15 latami wyroku” – powiedziała dr Bryc.

„Jest tylko jedno 'ale’…”

„Jest tylko jedno ”ale”. Warto przyglądać się temu, jak reaguje rosyjskie społeczeństwo na sankcje, które są nakładane na Rosję, ponieważ one faktycznie biją nie tylko w rząd, gospodarkę, ale w zwykłych obywateli. To jest to, o czym mówił pan redaktor, ale brak dostępu do tych wielkich sieci handlowych czy takich zwykłych usług powoduje, że Rosjanie czują dyskomfort. To jest jeszcze nic, ponieważ wielka inflacja i braki żywnościowe a także już dzisiejsza informacja o tym, że ceny w Rosji najprawdopodobniej będą odgórnie regulowane, to spowoduje, że w Moskwie mieszkańcy sobie poradzą. W Sankt Petersburgu również. Natomiast tzw. głubinka, czyli prowincja może mieć problem po prostu z przetrwaniem. To właśnie jest ten moment, w którym mogą się zacząć protest

Obserwuj nas w Google News i bądź na bieżąco!

→ Wejdź i naciśnij gwiazdkę