
Polska stoi przed historyczną decyzją, która może raz na zawsze zakończyć uciążliwy proceder zmiany czasu dwa razy w roku. Obecne rozporządzenie rządu, regulujące harmonogram przestawiania wskazówek, dobiega końca, co otwiera drogę do rezygnacji z podziału na czas letni i zimowy.
Kluczowym powodem zamieszania jest wygaśnięcie pięcioletniego cyklu, na który polski rząd przyjmuje kalendarz zmian czasu. Brak wydania nowego aktu prawnego oznaczałby de facto paraliż dotychczasowego systemu, wymuszając na ustawodawcy określenie jednego, stałego czasu obowiązującego przez cały rok.
Choć Unia Europejska od lat debatuje nad zniesieniem tego obowiązku we wszystkich państwach członkowskich, to właśnie teraz Polska ma unikalną okazję, by stać się liderem tych zmian i wyeliminować archaiczny przepis, który według ekspertów nie przynosi już realnych oszczędności energii.
Kwestie ekonomiczne
Argumenty ekonomiczne, które niegdyś stały za wprowadzaniem czasu letniego, w 2026 roku straciły na aktualności ze względu na powszechną cyfryzację i energooszczędne oświetlenie LED. Przemysł oraz sektor transportowy od dawna alarmują, że koszty związane z przestawianiem systemów informatycznych, logistyką pociągów stojących godzinę na peronach oraz błędami w przelewach bankowych są znacznie wyższe niż rzekome zyski z dłuższego dnia.
Lekarze i chronobiolodzy biją na alarm, wskazując, że nagłe przesunięcie godziny o 60 minut jest drastycznym szokiem dla ludzkiego organizmu. Statystyki pokazują, że w dniach następujących po zmianie czasu odnotowuje się wzrost liczby zawałów serca, udarów oraz wypadków drogowych spowodowanych niewyspaniem kierowców.
