Krzyknął „Jezus Maria!” i spadł na drzewo! Ksiądz cudem przeżył!

– To cud, że żyję – tak podsumował zdarzenie ks. Kazimierz (66 l.). Duchowny jest proboszczem z Ignalina (woj. warmińsko-mazurskie) i paralotniarzem. Ostatniej niedzieli otarł się jednak podczas lotu o spotkanie ze stwórcą. Niespodziewanie w powietrzu doszło do awarii. Paralotnia zaczęła spadać na ziemię, ale przed zderzeniem z gruntem księdza ocalił dąb i jego rozłożyste konary.

Ks. Kazimierz paralotnią latał akurat nad swoja plebanią. Nie spodziewał się, że zaraz pęknie linka, która łączy skrzydło z silnikiem. Gdy to się stało, zaczął szybko spadać i jak mówi, życie przemknęło mu przed oczami. Oczami wyobraźni już widział jak uderza o ziemię. Tak zapewne by się stało, gdyby nie 300-letni dąb, który rośnie obok kościoła. To właśnie w jego konarach ostatecznie wylądował duchowny 10 metrów nad ziemią.

Czytaj także:  Doradca prezydenta Dudy proponuje chodzenie na jogę zamiast do siłowni
 

– W sumie latałem kilkanaście minut. W chwili awarii zdążyłem tylko krzyknąć „Jezus Maria!” i więcej nie pamiętam Mam złamane dwa żebra i dziurę w ręce. Nadziałem się na jakiś suchy konar – mówi proboszcz, którego przewieziono do szpitala i po badaniach zwolniono do domu.

Okazuje się, że już jako dziecko Ks. Kazimierz śnił o lataniu. Marzenie zrealizował, bo od 23 lat posiada licencję pilota. Nie jest to też jego pierwszy wypadek związany z awiacją. Podobny przydarzył mu się 16 lat wcześniej. Wówczas pilotowi w sutannie zabrakło paliwa i również uratowało go drzewo –wylądował na świerku.

Czytaj także:  Wiceminister Semeniuk o przywróceniu handlu w niedzielę: Nie ma na to społecznej zgody

– Jak tylko wyzdrowieję, odprawię mszę świętą za tych, którzy sadzili dęby 300 lat temu. Naprawię paralotnię i będę latał dalej. Gdybym przestał, chyba umarłbym z tęsknoty – deklaruje ks. Kazimierz.