
Rynek nieruchomości w Polsce znalazł się w punkcie krytycznym, a czarne prognozy analityków zwiastują koniec ery powszechnej własności lokali. Drastyczny wzrost kosztów utrzymania, nowe obciążenia podatkowe oraz restrykcyjne unijne dyrektywy sprawiają, że posiadanie dachu nad głową staje się luksusem dostępnym tylko dla najzamożniejszych.
Głównym zagrożeniem jest wprowadzana dyrektywa budynkowa, która nakłada na właścicieli obowiązek kosztownej termomodernizacji najstarszych i najmniej efektywnych energetycznie obiektów. Budynki o najniższych klasach energetycznych, w których mieszka znaczna część społeczeństwa, będą musiały zostać poddane remontom wartym dziesiątki, a nawet setki tysięcy złotych pod rygorem zakazu najmu lub gigantycznych kar.
Sytuację pogarsza agresywna ekspansja funduszy inwestycyjnych typu PRS, które masowo skupują całe bloki, ograniczając podaż mieszkań dostępnych dla osób prywatnych. Skutkuje to windowaniem cen transakcyjnych do poziomów nieosiągalnych nawet przy wsparciu kredytowym, co trwale wypycha młodą klasę średnią na rynek najmu instytucjonalnego.
Kwestia banków
Równolegle postępuje proces przejmowania nieruchomości przez banki wskutek niemożności spłaty zobowiązań przy rekordowo wysokich stopach procentowych i rosnących kosztach życia. Mechanizm licytacji komorniczych nabiera tempa, a brak skutecznych programów osłonowych sprawia, że każda kolejna podwyżka czynszu lub raty kredytu spycha tysiące ludzi na skraj eksmisji.
Aby uratować własne lokum, konieczne jest natychmiastowe podjęcie działań zmierzających do poprawy efektywności energetycznej nieruchomości i szukanie alternatywnych źródeł finansowania remontów. Warto również śledzić zmiany w lokalnych podatkach od nieruchomości, które w wielu gminach stają się kolejnym narzędziem „wyciskania” właścicieli.
