Listonosz o wyborach kopertowych: Możemy być armią śmierci, która idzie z listem

– Boję się i tego, że zakażę innych koronawirusem, i że sam się zarażę. Państwo polskie robi wszystko, żeby ograniczyć kontakty między ludźmi, żeby ich odizolować od siebie. W telewizji puszczane są spoty, żeby zachować odstępy. Ale na poczcie to nie jest możliwe – mówi Marek, listonosz z 25-letnim stażem, w rozmowie z portalem natemat.pl.

Pracownik Poczty Polskiej wyjaśnia, że „w urzędach pocztowych listonosze są skomasowani w jednym małym pomieszczeniu”. – Przychodzimy na daną godzinę do pracy, wchodzimy do jednego ciasnego pomieszczenia, które ma może ze 25 metrów kwadratowych. Jest nas 11. Siedzimy w odległości 50 centymetrów. Mam trzech kolegów obok siebie i praktycznie plecami się dotykamy. Jest bardzo ciasno – tłumaczy.

– Pracujemy w ogromnym stresie. Przeważnie ludzie witają nas słowami: „A nie boi się pan teraz jeździć?”. No boję się, bardzo się boję, ale co mam zrobić? W tej sytuacji nie znajdę innej pracy, a branie L4 to duże ryzyko. I jeszcze to głosowanie korespondencyjne. Porażka. I wszystkiemu winni będziemy my – wyznaje listonosz.

– Nie mieści mi się w głowie, że nie mogę z żoną wyjść na spacer, nie mogę na myjni umyć samochodu, nie mogę wymienić opon, ale muszę iść do pracy i dziennie mieć kontakt z kilkuset osobami – zaznacza Marek i dodaje, nawiązując do majowych wyborów prezydenckich: – Może będziemy roznosić tego wirusa, choć sami nie będziemy mieli żadnych objawów tej choroby? I tego bardzo się boję. Możemy być armią śmierci, która idzie z listem.

Czytaj także:  Ksiądz w Pile zakazał przystąpienia do bierzmowania młodzieży popierającej protesty kobiet