
Atak zarazy ziemniaczanej to koszmar każdego ogrodnika, mogący w kilka chwil obrócić plony w ruinę. Sygnałem ostrzegawczym jest brązowienie krzewów, po którym choroba natychmiast przechodzi na owoce. W obliczu zagrożenia właściciele ogródków odruchowo obrywają podejrzane plony, wierząc, że uda się je uratować. Powstaje jednak pytanie: czy pomidory z lekkimi śladami infekcji są bezpieczne do jedzenia?
Phytophthora infestans – tak brzmi naukowa nazwa sprawcy zarazy ziemniaczanej, czyli podstępnego patogenu atakującego psiankowate: ziemniaki, pomidory, paprykę oraz bakłażany. Skuteczne zwalczanie chemiczne jest możliwe wyłącznie w początkowej fazie wzrostu roślin. W deszczowe i wilgotne dni późnego lata choroba uderza ponownie, a chemiczne opryskiwanie zielonych jeszcze owoców to prosta droga do zatrucia własnego organizmu. Czy po odcięciu porażonych przez grzyba fragmentów warzywa nadają się jeszcze do spożycia? Czas rozwiać te wątpliwości.
Jak wyglądają pomidory dotknięte zarazą?
Zaraza ziemniaczana niszczy owoce pomidorów, tworząc na nich twarde, ciemnobrunatne lub szarozielone plamy blisko szypułki. Plamy te z czasem rosną i psują wnętrze warzywa od środka. Podczas wilgotnej pogody na zmianach pokazuje się biały nalot. Na koniec całe pomidory czernieją, marszczą się i zasychają na łodydze.
Pomidory z objawami zarazy ziemniaczanej: ryzykować czy wyrzucić?
Owoce z cechami porażenia nie powinny trafić na stół. Infekcja wnika głęboko w miąższ i gniazda nasienne. Wykrawanie zepsutych fragmentów mija się z celem. Mimo że niewidoczne dla oczu, chorobotwórcze mikroorganizmy szybko kolonizują cały owoc.
