
Decyzja Janusza Kowalskiego o opuszczeniu szeregów Prawa i Sprawiedliwości odbiła się szerokim echem, odsłaniając głębokie podziały wewnątrz struktur partyjnych, szczególnie na szczeblu lokalnym.
REKLAMA
Poseł uzasadnił swoje odejście brakiem reakcji kierownictwa na zgłaszane przez niego nieprawidłowości w okręgu lubelskim, ze szczególnym uwzględnieniem Biłgoraja. Parlamentarzysta wyjaśnił, że powodem rezygnacji była niezgoda na zjawiska, które w jego ocenie doprowadziły do utraty władzy przez ugrupowanie w 2023 roku.
Jak stwierdził kategorycznie w rozmowie z TV Republika: „Nie można tolerować 'tłustych kotów’, nie można tolerować partyjniaków, nie można tolerować ludzi, którzy na poziomie powiatów, gmin dogadują się z komunistami, 'palikotami’, z SLD, z PO”. Według relacji posła, mimo wielokrotnych rozmów z Jarosławem Kaczyńskim, nie podjęto oczekiwanych przez niego decyzji kadrowych, co doprowadziło do ostatecznego zerwania współpracy.
Kowalski stanowczo o układzie
Szczególnym punktem zapalnym w relacjach posła z macierzystą partią okazał się tak zwany „układ biłgorajski”. Kowalski w mediach społecznościowych bezpośrednio wskazał na obecność w strukturach osób o przeszłości politycznej, której nie akceptował, wymieniając między innymi Bartłomieja Świtałę.
REKLAMA
Na platformie X poseł podsumował to starcie słowami: „Postawiłem sprawę zerojedynkowo: albo ja albo układ biłgorajski. Przegrałem i honorowo odszedłem”. Mimo utrzymywania poprawnych relacji osobistych z liderami partii, parlamentarzysta uznał, że brak „opcji zero” wobec lokalnych układów uniemożliwia mu dalsze angażowanie się w budowanie silnej prawicy pod szyldem dotychczasowego klubu.
