Fot. Pixabay.com

Koronawirus nadal mutuje, ale coraz więcej wskazuje na to, że nowe warianty nie będą już tak niebezpieczne. – Przykładem jest wariant Delta, który jest wysoce zakaźny, ale jednocześnie nie jest bardziej zjadliwy. Wyraźnie widać, że wirus dąży w kierunku osłabienia – wyjaśnia prof. Maciej Kurpisz, immunolog i genetyk.

Jak tłumaczy prof. Kurpisz, pierwsze uderzenie wirusa jest zawsze najcięższe, gdyż atakuje on osoby najbardziej podatne. Jednak przez to, że chorują one ciężko, szybciej trafiają do szpitali i co za tym idzie są skuteczniej izolowane od reszty społeczeństwa.

– Brutalnie mówiąc, wirus umiera wraz z żywicielem. Więc najbardziej zjadliwe warianty SARS-CoV-2 po prostu nie są dalej przenoszone. Inaczej jest z łagodnymi wariantami, które nie powodują ciężkiego przebiegu choroby. Mogą one swobodnie przenosić się na kolejnych nosicieli – zauważa immunolog.

Jako przykład prof. Kurpisz podaje pierwszą pandemię z SARS-CoV-1, która pojawiła się w 2002 roku w Chinach.

– Wirus zdążył rozprzestrzenić się w kilku krajach na świecie. Sytuacja była niebezpieczna, ponieważ SARS cechował się wysoką śmiertelnością (umierało ok. 10 proc. zakażonych – przyp. red.). Na szczęście chorych nie było tak dużo, więc łatwo udawało się ich izolować. Po kilku latach słuch o SARS niemal całkowicie zaginął. Otóż okazało się, że wirus ten tak zmutował, że stał się kompletnie nieszkodliwym – mówi ekspert.

– Oczywiście SARS-CoV-2 jest innym wirusem i też przechodzi inny cykl mutacji. Jednak już wyraźnie widać, że zmierza w kierunku osłabienia – dodaje prof. Kurpisz.

Obserwuj nas w Google News i bądź na bieżąco!

→ Wejdź i naciśnij gwiazdkę