
Creative Commons Attribution 4.0
„Jesteśmy silnymi sąsiadami i dobrymi przyjaciółmi” – mówił o relacjach polsko-ukraińskich Wołodymyr Zełeński podczas wizyty w Dublinie. Skąd ta zmiana tonu? Wcześniej prezydent Ukrainy nazwał dowództwo jednostki wojskowej imieniem „bohaterów UPA”, a potem demonstracyjnie odesłał Order Orła Białego kurierem do Warszawy, gdy ten został mu odebrany przez Karola Nawrockiego w reakcji na czczenie ludobójców. Później ukraiński przywódca zapowiedział ustanowienie „Panteonu Narodowego”, gdzie – być może – znajdzie się również zbrodniarz Stefan Bandera. Były ambasador RP w Armenii i na Łotwie uważa, że być może Kijów spotkał się z naciskami z Zachodu, ale mógł też „policzyć” i stwierdzić, ze konflikt z Warszawą się zwyczajnie nie opłaca.
Jeszcze kilka dni temu relacje polsko-ukraińskie – jak mogłoby się wydawać – mościły się na środku noża. Po odebraniu Orderu Orła Białego Zełeńskiemu, co było reakcją na gloryfikowanie zbrodniczej UPA, ruszyło domino, które doprowadziło do największego kryzysu w stosunkach pomiędzy Kijowem i Warszawą od dłuższego czasu.
Najpierw była seria zwróconych polskich odznaczeń, które hurtem słali z powrotem do Warszawy wysocy urzędnicy ukraińscy i byli prezydenci Ukrainy, a potem Zełeński zapowiedział powstanie „Panteonu Narodowego”, w którym zawarte zostaną nazwiska wszystkich postaci, które kiedykolwiek walczyły „o niepodległą Ukrainę”. „Nikt i nigdy nie będzie nakazywał nam, jakich bohaterów szanować” – powiedział prezydent Ukrainy.
„Nam nikt nie będzie mówił, jak mamy głosować za wejściem danego państwa do Unii Europejskiej” – odpowiedział mu na antenie Polsat News szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, zapewniając, że „z Banderą” Ukraina do Wspólnoty nie wejdzie.
O te słowa, oraz o wypowiedzi innych polskich polityków, Zełeńskiego zapytano podczas wizyty w Irlandii. Odpowiedź wybrzmiała w wyraźnie „pojednawczym” tonie.
„Jesteśmy sąsiadami i jak większość krajów w Europie mieliśmy w przeszłości problemy. Ale żyjemy teraz i mamy do czynienia z jednym agresorem. Musimy myśleć o bezpieczeństwie” – stwierdził prezydent Ukrainy. „Jeśli są pytania, znajdą się na nie odpowiedzi. Ukraina jest na to gotowa. Jesteśmy silnymi sąsiadami i dobrymi przyjaciółmi” – ocenił Zełeński.
Były dyplomata o zmianie tonu Zełeńskiego wobec Polski: Myślę, że to może mieć dwie przyczyny
Co oznacza ta zmiana tonu w języku dyplomacji? Jerzy Marek Nowakowski, b. ambasador Polski w Armenii i na Łotwie, zinterpretował wypowiedź Zełeńskiego w rozmowie z „Faktem”. Jego zdaniem to tylko „częściowa zmiana”, bo prezydent Ukrainy z niczego się nie wycofuje, ale wyraźnie zwraca się w kierunku Warszawy w „bardziej koncyliacyjny” sposób.
„Myślę, że to może mieć dwie przyczyny. Po pierwsze, nasi zachodni sojusznicy – i polscy, i ukraińscy – nie są zachwyceni, delikatnie mówiąc, tą awanturą. Po drugie, prosty rachunek wskazuje, że eskalowanie konfliktu z Polską nie jest opłacalne dla Ukrainy” – ocenił po krótce dyplomata. Dodał, że Kijowowi zależało na „zaznaczeniu pewnego dystansu wobec Polski” i pokazaniu, że oba kraje „nie są stuprocentową jednością”, zarówno na użyte własnych wyborców, jak i partnerów zagranicznych.
„Nie wierzę w tę część naszej publicznej debaty, że Ukraina rozpoczęła >>awanturę nazewniczą<< z celem pokłócenia się z Polakami, raczej było to lekceważenie, niewyczuwanie polskich nastrojów” – podkreślił były ambasador.
W opinii Nowakowskiego Ukraińcy „policzyli” już, że nie opłaca im się konflikt z Polską, więc Zełeński „postanowił wylać trochę oliwy na wzburzone fale”. Dyplomata dodał jednak, że „zobaczymy, ile tej oliwy będzie”.
„Zatem myślę, że był tu i nacisk partnerów zachodnich, i była ukraińska analiza – w tym widziałbym przyczyny złagodzenia ukraińskiego stanowiska” – podsumował dyplomata w rozmowie z „Faktem”.
